wtorek, 10 czerwca 2014

Rozdział 6

                 - No, no, no. Ładne ty zdjęcia oglądasz. - patrzyła na mnie podejrzliwie. Nie rozumiałam o co jej chodzi. - Spokojnie, może kiedyś Ci się uda. - Dalej nie ogarniałam sytuacji. Zajrzałam do telefonu. Tak, no, moje szczęście. Kiedy dziewczyna wytrąciła mi telefon z ręki szukałam jednej informacji. Wystąpił błąd wczytywania strony i zatrzymało się na zdjęciu MR11.
- Yyyy... ten, taka sytuacja, bo wiesz szukałam jednej informacji o mojej przyjaciółce Kate i się na tym zatrzymało. - poczułam się dziwnie, ale taka jest prawda.
- Gdybym Cię ni znała nie uwierzyła bym. Wiem, że to czysty przypadek. Nie jesteś taką jedną z fanek, która siedzi non stop na profilu swojego idola. - całe szczęście. Już myślałam, że pomyśli o mnie jak o wariatce.
- Ale jak tam idą wasze przygotowania do ślubu? - zapytałam, kontynuując
- Wiesz, jeszcze mamy trochę czasu. Po co nam się śpieszyć. Chociaż mam na telefonie kilka propozycji sukien ślubnych. - Wyjęła swój telefon z torebki i Weszła w galerie zdjęć. Trochę zajęło jej wyszukanie tych zdjęć. Zasugerowałam jej aby sama sobie zaprojektowała sukienkę na ślub. Będzie przynajmniej oryginalna. Pokazała mi suknię pierwszą. Niby zwykła, ale Jadnak coś w niej jest. Może to, że jest w kroju syreny. Wymieniałyśmy swoje zdanie na temat sukni. Następna. Była jak dla osoby z rodziny królewskiej. Piękna, biała, puszysta jak na bal dla kopciuszka. Nie mogłam od niej oderwać wzroku. I ostatnia. Tradycyjna. Dopasowana do talii i spuszczana ku dołowi. Ozdobiona licznymi falbanami i kryształkami. Po prostu nie mogłam się doczekać ślubu.
- Mam również propozycje dla druhen i świadkowej. Mam nadzieję, że będzie Ci się podobać suknia dla świadkowej.
- Chcesz powiedzieć, że ja mam być świadkową? Jasne, oczywiście! - oznajmiłam z entuzjazmem.                   
                 Ali pokazała mi najpierw projekt tej sukienki, ponieważ postanowił, że sama ją dla mnie uszyje. Kochana kobieta. Widzę już siebie idącą do ołtarza. Oczywiście za Panią młodą. Te kwiaty pachnące wokół. Atmosferę panująca w kościele oraz niewiadomego świadkowego. Nieważne kim on by był i tak ją będę wspierać. Spojrzałam na zegarek. Tarcza wskazywała 17:30. Kiedy? Jak? Ponoć szczęśliwi czsu nie liczą.
                - Moim zdaniem musimy się już zbierać. Zobacz która godzina, a ja jutro już wyjeżdżam. - odparłam i po chwili ruszyłyśmy nasze pupy. Przy bramie wejściowej zapłaciłyśmy strażnikowi za te kilka godzin i do przebieralni. Moja karnacja zmieniła kolor. Dlaczego mimo, że jestem brazylijką to nie mam ciemniejszej karnacji? Od kilku lat nurtowało mnie to pytanie. Może jeszcze kiedyś to się zmieni. Teraz to ja siadam za kierownicę. W przeciwieństwie do niektórych ja nie potrzebowałam nawigacji. Bez problemu dotarłyśmy do domu. Zawiesiłam torbę na wieszaku w przedpokoju i powitałam lodówkę. Wyjęłam pieczarki i jogurt. Wraz z Ali przygotowałyśmy sobie kurczaka w ziołach z pieczarkami. Tak tylko sobie gdyż szanowny współlokator jeszcze nie wrócił z wojaży a ma mnie jutro odwieźć na lotnisko. Ciekawe jak? W szafce leżał piękny komplet naczyń i sztućców i rozłożyłam go na stole. Co jak co, ale trzeba przyznać, że jedzenie nam wyszło.
                     Pamiętam jak wraz z Isco robiliśmy ciasto. Robiliśmy to za dużo powiedziane. Tego dnia mieli przyjść goście. Mama nakazała nam zrobić poczęstunek. Kupiliśmy składniki na Brownie. Ja miksowałam a on dodawał składniki. Ostatnim elementem było wsadzić do piekarnika. Minęło już pół godziny więc musieliśmy wyjąc już ciasto. Wtedy wtargnęła moja mama z gośćmi żucając iz mamy pokroić i podać ciasto na telerzu i to ładnym. Isco wziął nóż. Krojąc ciasto się rozpłynęło. Wyszedł nam raczej jakiś słodki napój a nie ciasto. Dosyć, że nam nie wyszło to kuchnia była całą w mące po bitwie na " śnieżki ". Dostaliśmy kare na komputer na tydzień.
                     Wraz z projektantką zasiadłyśmy do stołu konsumując potrawę. W skali od jeden do dziesięciu? Dziesięć, zdecydowanie. Zjadłam druga, dlatego pozmywałam naczynia i posprzątałam kuchnie. Po trzydziestu minutach skończyłam pracę. Zostało mi tylko dokończenie spakowania się na wyjazd. Zapomniałabym zadzwonić do Matsa i zabrać potrzebne informacje na temat wyjazdu.


* Isco*
               Dziewczyny wyjechały odpocząć na plażę. Dziś miałem zamiar się cały czas wylegiwać w łóżku. Niestety, mam jeszcze dzisiaj trening. Ostatni trening w tym klubie. Tyle lat trenowałem malutkie koziołki. Nieraz z nimi grywałem. Całkiem nieźle mi szło, ale definitywnie nie chciałem zostać piłkarzem. Od małego brzdąca kibicowałem Barcelonie. Co jest dziwne, że wszyscy mówią na mnie Isco, który gra obecnie w Realu Madryt.
              Skoro dziś ostatnie zawitanie w tym klubie muszę zorganizować pożegnanie z zespołem. Zabiorę ich do najlepszej restauracji w mieście a później do klubu. Nie mam dziś zamiaru balować. Jutro moja siostra zawita o piątej rano do Dortmundu. Dobrze wiedziałem o planie Hummelsa. On tylko wyczekiwał odpowiedniej chwili. Mała od zawsze kibicowała BvB. Nawet nie wiem dlaczego i skąd wzięła się jej miłość to tego toteż klubu.
               Zwlekłem się z wyra i wyszedłem z pokoju. W tym momencie zadzwonił telefon. Tata. Dopytywał się jak się czuje i jak się czuje Tasha. W tej rozmowie wyczułem troskę o nią. Nie powiedziałem im jeszcze o przeprowadzce do Dortmundu i o wyjeździe Maz. Mieli by kolejne zmartwienia na głowie. Niedługo i tak pewnie dowiedzieli by się niedługo dlatego wyjaśniłem mu sprawę z przeprowadzką. O dziwo pogratulowali mi i byli szczęśliwi, że mi się powodzi. Trochę się z nimi zagadałem. Zostało mi dwadzieścia minut do rozpoczęcia treningu. Dziewczyny zrobiły mnie w konia. Zabrały moje auto i musiałbym jechać samochodem Alberty, którego nienawidzę. Wziąłem rower i po piętnastu minutach byłem już na stadionie. Chłopaki już się rozgrzewali. Ja grzecznie przeprosiłem za spóźnienie i zaczęliśmy. Dałem im chyba dzisiaj niezły wycisk. Wszyscy byli padnięci i wycieńczeni. Odpuściłem im dziesięć minut przed końcem i pogoniłem do szatni.  Stamtąd wybraliśmy się do restauracji a później do baru. Postawiłem wszystkim kilka drinków i powspominaliśmy stare czasy. Pierwszy trening, kontuzje oraz wspólne imprezy. Wybiła już dwudziesta pierwsza. Ja wypiłem tylko dwa kieliszki wina i wróciłem do domu dziesięć minut później.

* Tasha *
Dzwoniłam do Matsa, który odebrał dopiero za dziesiątym ponad razem.
- Hej, nie przeszkadzam?
- Ty? Jasne, że nie. - Czułam, że się uśmiecha
- Bo wiesz, jutro przylatuję do twojego miasta i chciałam się zapytać co powinnam zabrać i czy znasz dobry hotel.
- Może weź coś na deszcz po w kółko pada i coś ciepłego bo poranki są chłodnawe. A co do hotelu to polecam ten przy ulicy KochstraBe 74. - Odpowiedział konkretnie. Miałam wrażenie, że  już znałam te ulicę
- Ej, ale to nie przypadkiem ty mieszkasz w tym miejscu?
- Tak, będziesz pomieszkiwała u mnie. Nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu. Bo inaczej mam na ciebie haka - Nie miała zamiaru się sprzeczać przecież miał na mnie jakiegoś haka.
- Ok, nie wiem o co chodzi z hakiem, ale nie będę protestować ani strajkować. Chociaż naprawdę nie chcę Ci się zwalić na głowę. Mogę wiedzieć kto mnie odbierze z lotniska?
- Marco. A co nie pasuje? Ja wtedy jestem zajęty. - Boże, jakie on ma głupie myśli!
- O nein, nein, nein. W takim razie mnie tam nie zobaczysz. Jesteś ty, albo nie ma mnie - postawiłam mu ultimatum, a ten wziął i sie rozłączył
- Kuźwa! Co za dziecior - Mówiłam sama do siebie gdy zadzwonił mój telefon. Nieznany numer. Przeważnie nie rozmawiam z obcymi, ale coś mnie podkusiło odebrać
- Hej, tutaj Kate. Już dawno do ciebie nie dzwoniłam co tam u Ciebie słychać? - Tak to Rozalinda moja przyjaciółka z Dortmundu.
- Kurczę, kochana moja! Hej, rzeczywiście dawno nie rozmawiałyśmy. Wiesz będziemy miały się okazję niedługo spotkać bo wyjeżdżam do Hummiego i później przeprowadza się tam mój brat! - Oznajmiłam skacząc ze szczęścia.
- O rany! W końcu będę miała Cię na miejscu. Wiesz ja pracuję w tej siłowni co kiedyś byłaś więc może wpadniesz do mnie i poprowadzisz zajęcia  z zumby. Jesteś w tym najlepsza
- Jasne, okej! Właśnie się pakuję na jutro. Moim zdaniem lepiej byłoby pojechać a nie lecieć samolotem, ale nie będę się czepiać.
- Aham, to oki do zobaczenia nie chcę ci przeszkadzać w pakowaniu. Papatki i pozdrów wszystkich.      
                  Gdy się rozłączyła rozpięłam torbę i wkładałam ciuchy. Wszystko dokładnie sprawdzałam. Pięć bluzek, dziesięć par gaci, stanik, sweterek, bluza z logiem bvb, kilka par spodni, piżamki, skarpetki i buty. Z tego jedne do biegania. Są jedyne w swoim rodzaju. Na bucie jest napisane Vidal. Dostałam je od brata. No spakowana. Zostały mi jeszcze tylko kosmetyki, które zapakuję po kąpieli i makijażu z rana. Walizkę postawiłam przy drzwiach wejściowych, kiedy akurat wszedł Isco. Przywitałam się z nim. Zasiadł w jadalni a ja mu podałam kolację i ciepłe kakałko.                      
               Najwyraźniej Alberta już spała, ale dałam jej odpocząć. Weszłam do łazienki. Musiałam się wrócić jeszcze po wczorajszą piżamkę i ręczniki. Dziś dla odmiany wzięłam ciepły prysznic, który ponoć usypia. Umyła się nowym żelem adidasa. Umyłam włosy i nałożyłam odżywkę. Pięknie prezentujący się ręcznik z logiem Borussi posłużył do wytarcia ciała i włosów. Wychodząc z łazienki nastała mnie cisza jak makiem zasiał. Najwidoczniej julio dołączył to swojej nażyczonej, która była już w krainie Morfeusza. Poszłam w ich ślady. Jeszcze tylko wróciłm się po butelkę wody i nastawiła budzik na 3.30. Troszkę za wcześnie. Lepiej żeby się nie spóźnić.

* Next Day *
              Urzekł mnie dźwięk mojego budzika z piosenką Love on Top - Bey. Wstałam uśmiechnięta, z bananem na twarzy. Pierwszy raz wstałam tak chętnie. Ułożyłam pięknie pościel jak leżała przed spaniem. Popędziłam do łazienki za potrzebą. Z łazienki weszłam do kuchni. Sobie i parze zrobiłam omlety z pomidorami, chudą szynką oraz serkiem. Humor wesoły tak mi się udzielał, że postanowiłam go przekazać innym. Do dwóch małych szklaneczek nalałam zimnej wody. Drzwi od pokoju zakochańców otworzyłam po cichutku i w wolnym tempie. Nachyliłam się nad łóżkiem i ... chlup! Wstali natychmiastowo jak oparzeni.
              - Tasha! Pokręciło Ci się już totalnie w głowie?! - Krzyczał mój brat wymachując rękami. Jego dziewczyna miała na ten temat to samo danie.
- Też was kocham! Mam dzisiaj dobry humor, więc podzieliłam się nim z wami. W rekompensacie przygotowałam wam posiłek. Poczekajcie zaraz wam przyniosę.
- Idiot!
- Słyszałam! - Krzyknęłam z kuchni i zaniosłam i m śniadanie ze szklaneczką świeżo wyciśniętego soku z czerwonej pomarańczy. Zajadali tak, że aż i m się uszy trzęsły. Ja Jadła osobno w kuchni.         
           Starałam się jeść jak najszybciej aby jeszcze zdąrzyć do łazienki. Zostawiłam naczynia w zmywarce chwyciłam ciuchy i zamknęłam się w łazience. Szybki chłodny prysznic, prostowanie włosów, makijaż i gotowe. ubrała się i wyszłam. Jest 4:07. Pogoniłam brata aby się ubrał. W tym czasie ja zapakowałam kosmetyki i inne rzeczy higieniczne. Alberta pożegnała mnie i wzięłam walizki. Zapakowałam je do samochodu brata i trzydzieści po byliśmy już na miescu. On wziął moje walizki i powędrowałam do bramek. Na szczęście zapikało tylko na mojej biżuterii. Nic wielkiego. W pośpiechu odłożyłam walizkę na taśmę i zajęłam miejsce w samolocie. Strasznie nie lubię Latać. Od małego bałam się tych podróży. A to może się podwozie nie wysunąć, albo paliwo wycieknie. Różne rzeczy mogły się zdarzyć. Obok mnie miejsce zajęła kobieta z synkiem. Widać, że nie tylko ja nie uwielbiałam latać.
               - Dzień dobry. Jestem Marlena. Nie będzie pani przeszkadzać jeżeli tu z synkiem obok pani usiądziemy? Nasze miejsca zajęły jakieś dresy. - oznajmiła zatroskana matka.
- Dzień dobry. Mi na imię Tasha. Widzę, że pani z Polski, tak jak ja. Jasne może pani usiąść, jeśli to miejsce jest wolne. Bynajmniej nie będę siedziała sama. - Odwzajemniłam uśmiech posłany do mnie. Kobieta była bardzo miła a jej synek też kibicował pszczółką. Później zaczęła w coś grać na tablecie wraz z Mikołajem, jej potomkiem. Nie chciałam im przeszkadzać, włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam muzykę.
               Podróż nie trwała tak długo. W każdym razie nie byłam nią zmęczona. Stewardessa, oznajmiła że mamy zapinać pasy bo właśnie lądujemy. Zaraz po powrocie moim obowiązkiem było zadzwonić do brata, że wylądowałam i również do Matsa. Gdy samolot zatrzymał się na pasie opuściłam pierwsza. Pożegnałam się z sąsiadką i poszłam odebrać walizki z taśmy.  Dotarłam, więc nie miałam problemu z wyszukaniem walizki. Na najbliższej ławce usiadłam i napisałam SMS-a do Isco, że właśnie wróciłam. Po chwili dostałam odpowiedź baw się dobrze. Następny był Hummi.

* Mats *
    Już lada moment na naszej dortmundzkiej ziemi zawita Tasha. Uwielbiałem z nią spędzać każdą wolna chwilę. Niestety było ich stanowczo za mało. Wynagrodziłem jej to tym wyjazdem na kilka dni do mnie. Z góry wiedziałem, że się jej spodoba mój pomysł. Specjalnie podpuściłem ją słowami, że nie mogę jej odebrać i zrobi to Marco. Uwielbiam jej dokuczać, ale tak po przyjacielsku. Wiem dobrze, że nie podoba jej się Reus, ona tylko uważa go za najprzystojniejszego z nas wszystkich. Co do tej sprawy z odebraniem ja naprawdę nie mogłem po nią pojechać. Moim zadaniem było znaleźć zastępcę. Poprosiłem Cathy, niestety ona tak samo nie mogła się wyrwać. Miała bardzo ważny dziś reportaż. Musiałem załatwić innego zastępcę...


1 komentarz:

  1. Super rozdział!
    I Tasha w końcu będzie w Dortmundzie! :)
    Ciekawe kto ją odbierze? :DD
    Już nie mogę się doczekać następnego :)
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń