Pierwsze co to spoczął na mnie wzrok Mario. Nie wiem sama dlaczego, ale wciąż nie mogę zrozumieć jego postępowania. Najpierw kłótnia na lotnisku, a później list. Jak ja mam to rozumieć?
Tysiące pytań wokół mnie fruwały.
- Tasha! W końcu jesteś. Co się stało?
- Oj Hummi! Nie przejmuj się tak. Musiałam się trochę, że tak to ujmę pozbierać, ale teraz jest lepiej.
- Na pewno?
- Jasne. - posłałam mu ciepły uśmiech
- Napijesz się czegoś?
- Nie dzięki. Jakoś nie mam humoru przez tą lalunię.
- Teraz wiem, że się z Tobą nie zadziera. - dodał Lewy.
- Owszem. I jeżeli pozwolicie to pójdę do dziewczyn.
- Okey. Jasne.
No po prostu wpieniła mnie ta lalunia jak nie wiem co! Współczuję z góry Mario tej dziewczyny. W sumie niby dlaczego ja tak zareagowałam. Zachowałam się jak jakaś cholernie zazdrosna żona. A nawet nas nic nie łączy.
- Hej dziewczyny! - powiedziałam
- Chryste Panie! Uszczypnijcie mnie! - mówiła Ania. - Ała. Żartowałam.
- Tasha! Boże! Gdzieś ty się podziewała?
- W Polsce. Miałam kilka spraw do załatwienia.
- Ach no przecież. Zapomniałam. - dodała Cathy
- Jak to. To Ty wiedziałaś?
- No z gazet wszystkiego się dowiesz. Nawet tego, że się z Marco nie przyznajecie, że chodzicie ze sobą.
- Słucham?! - zdziwienie malowało się na mojej twarzy.
- Poczytaj w internecie.
- Świetnie! Raz jestem z Marco, a raz jestem w związku z Mario. - mówiłam podniosłym tonem. - Co tak patrzycie?
Dziwne uczucie gdy skończyłam swój monolog wlepiły we mnie swój wzrok. Było to naprawdę irytujące, ponieważ było ich na tarasie od groma!
Jak się okazało patrzyły na drzwi, a bardziej szczegółowo na tego kto w nich stał a mianowicie człowiek z którym mam dziecko według gazet.
- Hej. Możemy pogadać?
- A mamy o czym?
- Dobra nie będę namawiał. Cześć.
Najgorsze rysowało się to, że dziewczyny wszystko to widziały i słyszały.
- Czemu go tak potraktowałaś?
- Możemy o tym nie gadać?
- jasne, rozumiem.
My jak to kobiety gadałyśmy o wszystkim. Od ciuchów po ilość soli potrzebnej do potraw. Nie muszę ukrywać, że troszeczkę wypiłam. Odczuwałam wielką chęć do alkoholu co się rzadko u mnie zdarza. Piłam jeden, dwa ewentualnie osiem drinków procentowych. Czasami już nie mogłam kontaktować.
* Poranek *
Obudził mnie mój brat. Teraz dopiero uświadomiłam sobie jak ja go bardzo nienawidzę! Dochodzi ledwo ósma. Czy on nie rozumie, że człowiek po imprezie potrzebuje sporej dawki ilości snu. No i oczywiście aspiryny i innych mikstur na kaca.
Nie za chiny nie będę wychodzić z łóżka. Z drugiej strony jest mi niedane leżenie. Tym razem ktoś dobijał się do drzwi.
- Zanim wejdziesz to najpierw pofatyguj się po tabletki, wodę i śniadanie dla mnie! - mówiłam pod nosem dosyć głośno.
Ktoś odpuścił na jakiś czas. Niecałe dziesięć minut później dostałam szoku. Mianowicie zostałam obsypana gilgotkami.

- Nie dooosyć!... Odpuść! Już, juuuuż.... Wstaję!
- W końcu!
- Co Ty tu robisz Mo?! I dlaczego na mnie siedzisz?
- Wczoraj byłaś bardziej milsza.
Zamilkłam
- Musiałem Cię doprowadzić tutaj do domu. Erik i reszta byli nachlani więc...
- A no dzięki - uśmiechnęłam się co on odwzajemnił. - Pójdę się przebrać, poczekaj, a ja zaraz dołączę, ok?
- Jasne nie śpiesz się.
Opuściłam pokój udając się do mojej łazienki.
Mój Boże. Ja wczoraj aż tak zabalowałam, że trzeba było mnie pod dom.? Sama siebie ostatnio nie poznaję. Wystarczyło tylko tutaj przyjechać i od razu coś odwalę. Tylko, że ja nic nie pamiętam z wczorajszej imprezy. Mam tylko nadzieję, że nic głupiego nie odwaliłam.
Wzięłam ciepły, szybki prysznic, umalowałam się lekko i przebrałam się w pierwsze lepsze ciuchy jakie wpadły mi w ręce.
- Mam nadzieję, że długo nie czekałeś?
- Tylko piętnaście minut. Poprzeglądałem Twoje rzeczy z nudów. - jego uśmiech powala
- Powiedz mi czy ja aż tak bardzo zabalowałam wczoraj? - mówiłam siadając przy nim na łóżku.
- Oj tak.
- Pamiętasz co ja wtedy robiłam?
- Nie za bardzo wiem, ponieważ gadałem z Tobą godzinę przed wyjściem, a później odstawiłem Cię tutaj do Twego łoża.
- Śmieszne naprawdę. - udałam małego foszka
- No nie gniewaj się.
-...
- Tasha.
-...
- Proszę Cię. Nie fochaj się!
-... - odwróciłam się do niego plecami.
- Teraz przegięłaś! - wyłożył mnie na plecy na moim łóźku.- Dalej się się odzywasz?
- ...
- Okej sama chciałaś!
Idiota zaczął mi czochrać włosy, łaskotać i bić poduszką. Ja cały czas się nie odzywałam. Oddawałam tylko mu poduszką i dokuczam. Dusiłam w sobie śmiech. Miałam wrażenie, że zaraz nie wytrzymam. Odpuściłam, ale z powrotem wylądowałam na łóżku. Złapał mnie za kostki. Miałam nadzieję, że nie skończy to się tak jak na plaży.
- I co rozejm?
- Nie mogę być na Ciebie zła.
- Dobra wstawaj i jedz to śniadanie.

- Okey.
Rozsiadłam się na łóżku i zajadałam pyszności. Odżywiam się zdrowo, ale szkoda nie zjeść tak przygotowanego śniadania.
- W ogóle jak tu przyszedłeś.
- Twój brat mnie wpuścił. - nastała cisza - Chciałem Cię przeprosić
- Mnie za co?
- Za to na plaży miesiąc temu.
- Trudno stało się.
- Nie jesteś zła?
- Nie czemu?
- Dobra nie ważne. Muszę lecieć na trening.
- Już? - spytałam zasmucona
- Tak. Pa pa! Może wpadniesz na trening?
- To może się zabiorę od razu z Tobą?
- Tylko szybko.
Wzięłam szybko jakieś budy. Lekkie na koturnie z nike. Takie same ma Ania.
Nie wiem czy to dobrze, że pojechałam razem z nim na trening, ale co bym robiła. Siedziałabym pewnie w domu oglądając jakieś filmy albo ćwiczyłabym w ogrodzie. Teraz się nie będę nudzić. Bo jak? Mam wokół siebie bandę przypałów!
* Trzy godziny później *
Wraz z chłopakami wybrałam się na spacer i do kawiarni na jakiś lekki poczęstunek. Po drodze nie mogłam przestać się śmiać. Lewy podłożył haka Marco za co ten zaczął rzucać w niego trawą. Skończyło się to tak, że i to Mario oberwał w twarz. Śmiałam się do bólu z jego miny. Wyglądał jak na żelowany królik z trawą.
- Aż ta Ci do śmiechu?
- Bardzo. - dodałam między napadami śmiechu.
- Niech no Cię łapię.
Uciekałam spory kawałek drogi przed tym łamagą. Zaraz za nami biegli chłopaki, którzy jak tylko zauważyli plac zabaw nie omieszkali się na nim pobawić. Kuba huśtał Mo, a Marco zjeżdżał na ślizgawce razem z Lewym. Ja biegłam za nimi na ten plac. Wbiegając do piachu nie zauważyłam wystającej belki i się o nią potknęłam co równało się z twarzą w piachu. Mario w tym samym miejscu się potknął i leżał na mnie.
- Chłopaki! Sandwich!. - Krzyczał Lewy, a zaraz na mnie leżał Mario, Marco, Lewy, Kuba, Mo i reszta.
__________________________________________________
Przepraszam, że w sumie o niczym, ale nic dawno nie dodałam i źle mi z tym
Co gorsza jestem chora i ślęczę z laptopem na kolanach ob jakiś dwóch godzin pisząc to.
Obiecuję, że następnym razem nadrobię.
Zbliżamy się powoli ku końcowi. Niestety. Nie jestem pewna czy ktoś to czyta ;/
Pod rozdziałami albo jest zero albo jeden komentarz co też strasznie demotywuję ;(
Nie jestem zadowolona zbytnio z tego rozdziału.
Do zobaczenia na następnym. :)
Super, świetny rozdział :)
OdpowiedzUsuńzapraszam :*
http://mercedesycristiano.blogspot.com/2014/09/rozdzia-vii.html