piątek, 5 września 2014

Rozdział 20 + info!

                                    .MUSIC.

Tak zwiedzaliśmy sobie drogę do stadionu i stadion. Może aż tak okazały nie jest, ale to najlepsze miejsce do spędzania czasu. Można popatrzeć jak ludzie grają i samemu poćwiczyć. Pamiętam jak jakieś pięć lat temu przychodziłam tu z Przyjaciółkami. Tak Natalia i Patrycja. Lecz jakiś czas później nasze kontakty zmalały niestety.
Idąc główną ścieżką doznała szoku. Nerwy mi od razu podskoczyły. Co robić? Nie ma się gdzie ukryć. Nie teraz, nie dziś, nie w tym momencie.
- Marco..
- Co je?
- Błagam kryj mnie! - schowałam się za jego plecami
- O co chod... - nie pozwolono mu skończyć
- No, no, no kogo mu tu mamy? - Jeszcze musiały mnie rozpoznać świetnie! Nie dosyć, że narobią mi siary przy kumplu to na dodatek zaraz będą się podlizywać.
- Czego chcecie?
- Przywitać się z przyjaciółką.
- Śmieszne. Dobrze wiecie, że się nie przyjaźnimy.
- Już nas nie lubisz?
- Zmieniłaś się. I nawet chłopaka znalazłaś - dodała jej przyjaciółka.- Ciekawe co na to Łukasz?
- Nic wam do tego, a tym bardziej temu debilowi. - warknęłam
- Nie zapoznasz nas?
- Haha! No i wszystko jasne! Zapomnijcie on jest zajęty. Do widzenia!
Wyminęłam obie lalunie wielkim łukiem, a Marco razem ze mną. Dopiero teraz zrozumiałam, że przez całą tą " różnicę zdań " on trzymał mnie za rękę. Dlatego od razu zareagowały. Tak to by przeszły obgadując nas. Szczerze wisiało mi i powiewało.
Zajęliśmy jedną z ławek. Przyglądaliśmy się grze miejskiego klubu KKS Rodło. Chłopaki potrafią pocisnąć. Co prawda to zwykły mecz treningowy, ale zawsze miło popatrzeć. Wraz z Reusem komentowaliśmy każdy element gry.
- Też macie żółto- czarne barwy. Czuję się jak u siebie. - posłał mi ciepły uśmiech
- To miło, też chciała bym pograć.
- To chodź. Na co czekasz?
- Ale jak... Od tak?
- Jasne... nawet piłka sama przyszła. Trzeba ją zwrócić. Tylko powiedz mi jak mam powiedzieć Czy mogę dołączyć?
- Emm... Czy mogę dołączyć?
- Cy moe dołoczyć?
- Świetnie. Skąd wiesz jak gadać po polsku?
- Lewy, Kuba...
- I wszystko jasne.
- Chodź na co czekasz. - Mimowolnie wstałam z ławki kiedy blondyn pociągnął mnie za rękę.
Zawodnicy patrzyli się na nas jak na idiotów. Mieli na twarzach wypisane pytania w stylu: Co chcecie? Won! Idźta czego tu?! Moja jedenasta podeszła bliżej grupki, która ustawiła się w kole?
- To wasze?
- Możesz oddać?
- A moe dołoczyć?
- Umiesz grać?
- Chyba. - zdjął w tym czasie okulary. Ich twarze wyrażały więcej niż tysiąc słów. Pewnie na ich miejscu zrobiła bym to samo, albo nawet jeszcze gorzej.
- Ale ona gra z nami. - dodał wskazując na mnie
- Jaaaa.?!
- Ta. Niech będzie. Dziewczyna jest w drużynie kamizelek.
- Potrafi coś chociaż? - zapytał jeden z siedzących na ławce. Nagle przerzucili się na angielski.
- Pokaż im. - szepnął mi do uch mój towarzysz.
Rzucił mi piłkę tak abym ją wychwyciła i upadła na ziemię. Słyszałam od razu śmiechy i żałości innych. Ale jest jedno co nikt nigdy o mnie nie wiedział. Mój talent do żonglerki. Więc jakim cudem Marco wiedział? Przeczuwał? Może coś zauważył. Mniejsza. Nie zbłaźnię się.
Ich miny bezcenne. Czy ja wiem czy to aż takie super? Mam to w małym paluszku może to dlatego? Marco widocznie był ze mnie bardzo, bardzo dumny.
Zagraliśmy krótki meczyk. Graliśmy z rocznikiem 99. Strzeliłam bramkę! Co więcej nawet Reus próbował mnie dogonić, ale nic z tego. Tak mi przykro. Pogadaliśmy trochę i zebrałam zwoje rzeczy spod bramki kiedy piłka leciała w moją stronę. Dosłownie atak z powietrza. Jednym zwinnym ruchem przerzuciłam piłkę sobie na nogę i skierowałam ją do bramki. Akcja powiem skromnie wyszła mi bardzo dobrze jak na dziewczynę. Mój towarzysz  podszedł do mnie pochwalił i oboje udaliśmy się w stronę wyjścia. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do wyjazdu. Myślałam żeby wyjechać jakoś na noc, ponieważ pogoda w nocy zawsze jeździe sprzyja. Ponad trzy godziny jazdy samochodem. Moi rodzice zabierają się swoim, a ja wraz z blondynem uzgodniliśmy, że pojedziemy jego jak on to określił " furą ".
Zdecydowałam jeszcze pokazać mu kawałek dolnej części miasta. To znaczy katedry krzyżackiej. Jak dopasowałam temat do niego. widok z zamku mówi sam za siebie. Tuż o bok teatr i multikino.

* a few hours later *
Spakowałam walizkę na te dwa dni. Między innymi wzięłam sukienkę, kosmetyki, ciuchy na co dzień. Jest kilka minut przed dwunastą w nocy. Moi rodzice właśnie odjechali. Ja i tak w porównaniu do nich wzięłam mało ciuchów. Jak wspomniałam mojego brata z narzeczoną nie będzie. Są pochłonięci pracą. W ogóle maja jeszcze czas dla siebie? Radko kiedy się teraz do mnie odzywają. Marco też wziął swój garnitur. Jakoś chwile po pierwszej wyjechaliśmy autem. Czeka nas droga do stolicy.

* Next Day *
Dojechaliśmy wczoraj, a w sumie dzisiaj dosyć szybko. Nie ma się co dziwić takim autem. Obudziłam się w pokoju hotelowym. Chciałam wynająć jakiś zwykły na te kilka dni, ale mój towarzysz uparł się, że to on mnie zaprosił na ślub i że na wszystko zapłaci? Jest jakoś tak po dziewiątej. Pięć godzin do ślubu. Dziś na dodatek spotkam się z Roz!!!! Tęskniłam bardzo!!!! Przyjdzie ze swoim chłopakiem. Manuela też polubiłam.
Trzeba się zwlec z łóżka i obudzić tego o zgrozo demona.
- Marco. Wstawaj. - mówiłam lecz nie reagował.
- Marco!!
-Yhym? - mruczał do poduszki.
- Wstawaj bo użyję siły! - ten nie zareagował. Więc zaczęłam okładać go pięściami. Lecz ten po chwili złapał mnie za nadgarstki i opamiętał.
- Już? Spokój?!
- Idę do łazienki. Jak wyjdę masz być gotowy! - rzuciłam chłopakowi opuszczając pomieszczanie. Wzięłam jak najszybciej prysznic i umyłam włosy i ciało dokładnie. Dla samej swojej satysfakcji wydepilowałam ciało i pomalowałam na szybko paznokcie. Już schnąc nabalsamowałam ciało masłem kakaowym i przebrałam się w dotychczasowe ciuchy. Jak mogłam się spodziewać on spał. Cały czas spał. Zostały tylko cztery h!! Dosyć tego. Teraz mnie wpienił. Wzięłam zdjęłam mu kołdrę i zwaliłam go z łózka. Widząc jego reakcję pokładałam się na podłodze.
- O cześć pizza!
- Siema kebabie. I jestem jabłko.
- A nie pizza. Jestem pewien, że pizza!
- A to pomyliłeś mnie z moją siostrą.
- Przepraszam arbuzie. - zwijaliśmy się teraz razem ze śmiechu.
- Dobra idziem na śnaidanio! Masz dziesięć minut.
- Co za szczytność.
Znikł na drzwiami łazienki. Ja osobiście wylegiwałam się na łóżku. Włączyłam jakiś denny serial, którego nie w sposób ogarnąć. On się w niej buja. Ona go odrzuca. Czują coś do siebie, ale żadne z nich nie zrobi kroku. Boja się. Sama nie wiem jak oni się boją. I czego? przecież jak się kogoś kocha to się z nim jest co nie? Z rozmyśleń wybił mnie gołoklatowiec. Jak on może tak paradować.
- Ubierz się jakoś!
- Zapomniałem ciuchów. Idę już idę.
Wrócił po jakiś pięciu minutach?!
- No to chluśniem bo uśniem! - stuknęliśmy się szklankami soku.
- Ok. Dobra zwijamy się trzeba się przygotować. Jeszcze Kate nas odwiedzi.
- Ta Twoja przyjaciółka? - kiwnęłam twierdząco głową.
- Na pewno się polubicie. Znikam do łazienki. Pa!
- Czekaj, czekaj! Ja pierwszy bo nie zdążymy!
No i zajął mi łazienkę sięgając do szafy po garnitur i inne dodatki.
Sama zajęłam się przygotowaniem butów, sukienki i kosmetyków. Zajęło mi to jakieś pół godzinki i ktoś zapukał do drzwi. Pewność, że to Rozalinda.
- Kate!!! Siema wchodźcie!!! - otworzyłam szerzej drzwi i wskazałam ręką aby weszli i się rozsiedli.
- Jejku Roz! Jak pięknie wyglądasz. Razem ładnie wyglądacie.
- A ty jeszcze w amoku. - posłała mi uśmieszek jak nigdy.
- Marco zajmuje łazienkę.
- Marco? Znalazłaś w końcu kogoś?! I nic nie mówisz?!- darła się wniebogłosy. Ostatnie słowa zakryłam jej ręką.
- Nie drzyj się. To przyjaciel. Zaprosił mnie na ślub więc się zgodziłam.
Patrzyli na mnie jak na idiotkę. - Wiem głupio brzmi nie pytaj.
W tym momencie wpadł wyszykowany Reus. Wow.
- No, no żeś się wystroił. - spojrzeli na niego.
- Dawaj sweat focie na facebooka. - zrobiłam mu zdjątko po czym wstawił na portal.
- A no tak! Głupa ja! Marco to Rozalinda znana jako Kate i Manuel jej narzeczony.
- Hej. Miło was poznać.
- Ciebie również.
- Cholera! Wiedziałam, że o czymś zapomnimy! Kwiaty i prezent. - ja wiecznie zalatana.
- To my możemy pojechać. - dodał Marco wskazując na resztę.
- Naprawdę? Dziękuję. Oddam wam jak wrócicie.
I wparowałam do łazienki wraz z moim arsenałem weselnym.
- Gdzie kluczyki.
- W torebce. Weź je sobie!
Panikuje! Mam tak mało czasu na przyszykowanie się!!!! Tasha oddychaj, oddychaj.
Po jakimś czasie wyszłam z łazienki gotowa w makijażu i fryzurze. Słyszałam głosy z korytarza. Oznaka, że wracają.
- Wejść!
- Wow. Tasha jak pięknie wyglądasz! - powiedzieli prawie wspólnie zakochańcy.
- Dziękuję. Gdzie Marco?
- Idzie z kwiatami.
Poprawiałam ostatnie " niedorobienia " w lustrze. Myślę, że jest good.
- Kurczę. Vidal. Wow. Ładnie wyglądasz!
- Dziękuję Marco. Piękne kwiaty.
- Sam wybierałem.
- To co jedziemy?






____________________________________
Z góry przepraszam za długi czas oczekiwania.
Nie wiem czy ktoś to czyta :C
Mam nadzieję, że to się zmieni bo z kilka rozdziałów mam zamiar zawiesić bloga.
Też mnie to boli, ale niestety zero waszych reakcji ;(((
Szczególnie, że teraz miał być zaskakujący rozdział w  którym Tasha wy... ;)
Weny mam aż szafy brakuje :D

JAK WIELE Z WAS ZDĄŻYŁO ZAUWAŻYĆ ZMIENIŁAM TROCHĘ IMAGE BLOGA ;D
ZMIENIŁAM RÓWNIEŻ NAZWĘ. JAK WAM SIĘ TERAZ PODOBA?
CHCIAŁABYM ABYŚCIE TO OCENILI. ;D


Może to się zmieni, nie wiem? ;)
Miłej nauki i pozdrawiam :)






1 komentarz: